środa, 27 sierpnia 2014

there is no hope for us

Witam po raz kolejny.
Znów napisałam porąbanego one shota, cóż, w środku nocy, więc jest krótki i niezbyt normalny. Miał być dłuższy, ale doszłam do wniosku, że dopisując coś, tylko go zepsuje. Indżoj.


„3 października
W szkole jest nowy chłopak, Frank. Lubię go, fajnie się z nim rozmawiało. Spotkaliśmy się wychodząc ze szkoły i jakoś tak znaleźliśmy wspólny język. Lubi tą samą muzykę i nawet ubiera się w podobnym stylu! Gadaliśmy też o komiksach i paru innych rzeczach. Może się zakumplujemy, fajnie by było.”


Nowa szkoła, nowi ludzie, nauczyciele… Ale chyba nie będzie tak źle. Siedzę teraz w sali chemicznej, oglądam wszystko i wszystkich. Nauczycielka wydaje się być miła, dość młoda pani Fuentes nie wrzeszczy na nas i tłumaczy zrozumiale materiał. A klasa… cóż, jak w każdej innej szkole, uczniowie dzielą się na takie jakby grupy. Na tyłach, niedaleko mnie, siedzą sportowcy.
Chyba są spoko, ale nie wiem, czy mnie polubią. Jest tam taki jeden chłopak, który raz się nawet do mnie uśmiechnął.
Mniej więcej na środku Sali siedzą dziewczyny z obcisłymi ciuchami i makijażem zapewne cięższym od Slayera. Nie trzeba komentować
Przede mną znajdowała się niewielka grupa wyrzutków, mieli talent, nie mieszali się z innymi, chcieli się wyróżnić, więc ich źle ich potraktowano. Rozumiem ich.
Reszta to „kujony”, kilka mniejszych grupek i, na szarym końcu, ja.
Nie zauważyłem nawet, jak szybko minęły lekcje. Dziś jeszcze z nikim nie rozmawiałem, ale może w końcu ktoś zagada…
-Hej! – usłyszałem za sobą głos jakiegoś chłopaka. Obróciłem się i zobaczyłem, że to on uśmiechnął się do mnie wtedy. –Jestem Gerard.

-Cześć, Frank. - uśmiechnąłem się miło do niego.
-Wracasz już? Możemy pójść razem, jak chcesz - zaproponował. Ktoś jednak chciał ze mną gadać, i to od tak zwanych sportowców, super! Wydawał się być fajnym gościem. Pokiwałem głowa i ruszyliśmy w stronę wyjścia.
-Ej, to naszywka The Misfits? I Iron Maiden? - zapytał zauważając loga zespołów na mojej torbie.
-Tak, słuchasz ich? - rozpromieniłem się.
Kto wie, może się zaprzyjaźnimy?



"10 października
Nie wiem, co mam robić, czy to jakieś zauroczenie? Ale to pół biedy... Nikt nie może wiedzieć. Oni go nienawidzą, bo chodzą plotki, że jest gejem. W innej sytuacji bym się ucieszył z jego orientacji, ale nie teraz.
Oni są niebezpieczni."

O co chodzi? 
Czuję się, jakbym przyszedł do szkoły brudny, czy coś. Wszyscy mnie unikają, wiem, że tydzień temu było podobnie, ale miałem Gerarda. A teraz rzucają mi pogardliwe spojrzenia i kilka razy słyszałem przezwiska.

-Ciota - mruknęła jakaś dziewczyna.

Co się tutaj do cholery działo?! Gerard trzymał się swoich, także gardzących mną, ale nic nie robił. Nie dziwię mu się.

-Pedał! - krzyknął ktoś zza moich pleców i popchnął tak, że prawie upadłem.
O nie. Nie, nie, nie!! A co jeśli oni wiedzą, że wolę facetów? To pewnie dlatego tak cały czas mnie obrażają. Ale skąd by wiedzieli?!
Dziś wracam sam, Gerard ma trening... Zresztą i tak nie miałbym na co liczyć.
Myślałem o nim całą noc, nie wiem, dlaczego. Boję się, że mi się podoba. Tylko tego brakuje...


"6 listopada
Każą mi to robić, każą go krzywdzić. Nie chcę... On nie może cierpieć... Ale nie umiem nic zrobić"

Dostałem z łokcia w brzuch. Skuliłem się i nie próbowałem już uciekać. Słyszałem jakieś krzyki, nie rozumiałem dokładnie... Mówili do Gerarda... Poczułem, jak ktoś podnosi mnie i po chwili klęczałem, trzymając się za brzuch, na środku korytarza szkolnego. Zobaczyłam zbliżającego się do mnie Gerarda. W jego oczach był... smutek? Czy to możliwe? Pewnie to zwidy, zakochiwałem się w nim jeszcze bardziej, cały czas... Nawet, jeśli ze mnie szydził.
-Zrób to, Way! No dawaj, boisz się zasranego pedała?
Kopnięcie w brzuch. 
Zaczynam płakać.
Kolejne uderzenie.
On mi to zrobił.
Jedyna osoba, z którą kiedyś mogłem rozmawiać. Na której mi zależy.
Teraz leżę na podłodze.
Nic już się nie liczy.
Straciłem nadzieję na miłość.
Na wszystko.



"9 grudnia
Nie daję rady.
Ranię go, więc zacząłem ranić siebie.
Czemu nie potrafię tego przerwać?!
Nie wiem, ale karam się za to.
Za każdą łzę w jego oku.

Nikt nie może wiedzieć, jak słaby jestem!"

Jest coraz gorzej. Wszystko mnie przytłacza. Gerard już na mnie nawet nie patrzy. A ja go kocham. On ma w dupie moje uczucia, ale przecież nie jest gejem, a nikogo do miłości nie zmuszę. 
W szkole sytuacja taka sama.
Przeżyłbym to spokojnie, gdyby był przy mnie.
Ale jest oprawcą.
I nikt mi już nie pomoże.



"21 maja
To już mnie wykańcza. Chcę pomóc Frankowi, kocham go tak strasznie... Ale nie potrafię, poza tym na pewno tego nie odwzajemnia. Cierpi przeze mnie, to ja go tak ranię.
Całe noce płaczę i zadaję sobie ból.
Wołam o tą cholerną pomoc, 
ale tylko on mnie może naprawić."

Jestem na skraju wytrzymania. Nie wiem co robić.
Gerardzie, pomóż, proszę!



"25 maja
Już koniec. Koniec wszystkiego. 
Poddaję się. Tak nie da się żyć.
Skończę jak tchórz.
Kocham Cię, Frankie."

Już nie martwię się o to, co powie rodzina. To egoistyczne, bo będą się pewnie załamywać, obwiniać i zastanawiać, dlaczego.
Bo kocham Gerarda.



~~~*~~~*~~~

Stoję na moście, chłodne powietrze owiewa moją zadziwiająco spokojną twarz. Opieram się o barierkę.
Ktoś jest obok.
Odwracam wzrok i widzę Gerarda.
Wykończonego, wygląda strasznie, ale ciągle na swój sposób pięknie. 
Widzę, co chce zrobić.
I już wiem, że nie ma dla nas nadziei.
-Razem? - zapytałem, chwytając go delikatnie za rękę. 
-Razem.
Skaczemy.


poniedziałek, 25 sierpnia 2014

one shot

Hej. Jest tu jeszcze ktoś?
To ten... Napisałam one shota, jest dziwny, bardzo. Nie lubię go.
Ale PEWNE OSOBY XD męczyły mnie że mam dodać... będziecie żałować, mówię tylko.
Tak się składa że pisać nie umiem.
Dobra, koniec, rip nadzieje na szacunek u czytelników frerardów...



Zimne powietrze... Chłodny powiew obudził mnie ze snu, nawet nie pamiętam, czy to był koszmar, czy coś przyjemnego. Ostatnio w ogóle nie pamiętam swoich snów. Ale nie były mi one potrzebne, nie musiałem ich znać. Za dnia coś innego przyciągało moją uwagę, coś realnego. A raczej ktoś. Leżał obok mnie, przysłonięty do połowy klatki piersiowej kołdrą, obejmujący mnie delikatnie w pasie, mój chłopak - Frank. Był idealny. Jego gładka, blada cera, ciemne włosy, które wpadały mu do oczu i musiał je często odgarniać. Te bursztynowo czekoladowe, pełne uczuć tęczówki spoglądające na mnie codziennie. I śliczne usta, które zdobił kolczyk dodający mu urody. Mogłem tak na niego patrzeć godzinami, ale wtedy lekko uchylił powieki i zwrócił na mnie wzrok. Te oczy miał najcudowniejsze na całym świecie, utonąłem w nich...
-Na co się tak patrzysz? - mruknął słodkim głosem przytulając mnie jeszcze mocniej.
-Na Ciebie. To jedna z rzeczy, które uwielbiam robić. Mogę tak Cię oglądać cały dzień. Przeszkadza Ci to?
-Ależ skądże - zaśmiał się.
Puścił mnie i zaczął lekko się podnosić, ale chwyciłem go za ramiona i położyłem z powrotem, na plecach, kładąc się na nim delikatnie.
-Gdzie Ty się wybierasz? - szepnąłem, unosząc kąciki ust.
-Na śniadanie, no chodź... Gerard... Nie teraz... - mruczał pomiędzy moimi pocałunkami, które składałem na jego ustach. 
Ach tak, usta... Miękkie, lekko różowe, uwielbiałem je całować. A on tak po prostu chciał zwiać na śniadanie, nie, nie, miałem ochotę go jeszcze pomęczyć.
-Kochanie... Koniec już... - ale w końcu mi się poddał i złączył nasze wargi bez oporu,  na co uśmiechnąłem się lekko. Kochałem tego faceta ponad życie. Oddałbym za niego wszystko. Podarowałem mu już swoje serce. 
Ostatni raz cmoknąłem go w usta, po czym wstałem i pociągnąłem za sobą do kuchni. 
Próbowałem go ode mnie odkleić, żeby zrobi śniadanie, ale uparcie się mnie trzymał. Jakby bał się, że gdy mnie puści, stanie się coś złego. Ale nie przeszkadzało mi to, nie lubiłem, kiedy w jego oczach błyszczały łzy. Przy mnie był bezpieczny. 
Robiłem tą głupią jajecznicę, która w sumie była zbędna, bo ani ja, ani Frank nie byliśmy głodni. Chłopak obejmował mnie wokół brzucha, stając wysoko na palcach, żeby spojrzeć mi przez ramię. Jego wzrost także był strasznie uroczy, kochałem w nim nawet ten szczegół.
-Geraard... - szepnął mi do ucha.
-Co się stało, Frankie?
-Idziesz dziś do pracy? - zapytał ze smutkiem w tym swoim wiecznie radosnym głosiku. 
Pracowałem w galerii sztuki oprowadzając wycieczki itp. Lubiłem to, mimo, że nie zawsze wykazywali zainteresowanie tym co mówię. Ale tak już jest. Zresztą mogłem dzielić się moją wiedzą, przemyśleniami, a od czasu do czasu zdarzył się ktoś, kogo nie zanudzałem. Mimo wszystko, lubiłem tam pracować.
-Nie, mam wolne - odrzekłem, składając na jego policzku mokrego całusa. I znów zobaczyłem w jego oczach tą iskierkę. Chciałbym, żeby zawsze był szczęśliwy. - A my możemy w końcu gdzieś wyjść. Kino? - zaproponowałem.
-Jasne, byłoby super! - obrócił mnie w swoją stronę i przytulił się, chowając głowę w zagłębieniu w mojej szyi. Obejmowałem go już jakiś czas, chyba z kilka minut. W końcu odsunęliśmy się od siebie i każdy ruszył przygotowywać się na dzisiejsze wyjście. Kiedy mogliśmy już iść na film, chwyciłem Franka za rękę i ruszyliśmy.

-Gerard, czemu wszyscy się na nas tak dziwnie gapią?
-Bo są, kochanie ty moje, pieprzonymi homofobami. - odparłem rzucając przechodniom pogardliwe spojrzenia. - Ale nie przejmuj się nimi.



-Ty wybierz film, mówię przecież!
-Nie, Ty! Twoje zdanie się bardziej liczy! - kłóciliśmy się przed kinem.
-Gee, jak nie wybierzesz, to... - nie dokończył, bo zamknąłem mu usta pocałunkiem. W końcu oderwałem się od niego - X-men - wyszeptał uśmiechając się i połączył nasze wargi jeszcze na chwilkę. 
-Dobra, chodź już.


Film nie był jakiś długi, wróciliśmy rozmawiając o nim. Reszta wieczoru minęła zadziwiająco szybko. Na zewnątrz panowała dość chłodna temperatura, więc kładąc się do łóżka obok mojego chłopaka zastanawiałem się, czy nie jest mu zimno. Po krótkiej chwili wahania przytuliłem się mocno do obróconego tyłem do mnie Franka i pocałowałem go delikatnie w policzek.
-Słodkich snów - szepnąłem. Chyba spał, mi także nie zajęło to dużo czasu.

Około trzeciej obudziły mnie jakieś krzyki, otworzyłem zaspane oczy i zobaczyłem Franka wrzeszczącego i całego we łzach. Ale ciągle spał. Rzuciłem się, żeby jak najszybciej go obudzić. Rozszerzył powieki i rzucił mi się na szyję, Cały czas płakał.
-Frankie, to tylko sen, spokojnie...
-Ge.. Gerard... - zaczął łamiącym się głosem.
-Ciii, jestem tutaj...
-Śniło mi się... że... że nie żyjesz... - powiedział po czym totalnie się rozkleił i przytulił mnie jeszcze mocniej. Położyłem go na łóżku i pozwoliłem objąć mnie jak tylko będzie mu wygodnie. Po kilku minutach uspokoił się i zasnął.


~~~*~~~*~~~

Wracałem z pracy, był już późny wieczór. Ciekawe, jak tam Frank, dziś szczególnie nie chciałem go zostawiać. Rano chodził taki przybity tym snem...
Skręciłem w lewo i wszedłem do kamienicy. To mieszkanie nie było jakieś luksusowe, ale da się żyć. 
Stopnieć po stopniu, dostałem się na górę i otworzyłem drzwi, za którymi mam ujrzeć Franka czekającego na mnie na kanapie. Chciałem już go przytulić.
-Cześć Frankie! Jestem! - rzuciłem na przywitanie. - Słońceee!
Gdzie on się schował?! Ale nie mam siły teraz na te jego zabawy, ruszyłem do kuchni, gdzie zobaczyłem poszukiwaną osobę.
-Tu jesteś! - powiedziałem.
Obrócił się i zamarłem. W jego oczach nie było miliona emocji jak zwykle, nie było miłości tak jak kilka godzin temu. Zbliżyłem się przerażony.
-Kochanie, co jest? - spytałem.
Nie odpowiedział, ruszył s moją stronę trzymając coś w ręce. Nie zdążyłem nic zrobić i poczułem zimne ostrze noża przeszywające mój brzuch.
-Frankie... - szepnąłem - Frank, kochanie, co Ty zrobiłeś...
Robi mi się słabo.
-Frank, zadzwoń... Pogotowie...
Słyszę stukanie do drzwi.
-Pomóż mi, Frankie...
Dławię się łzami.
-Proszę...
Upadam.

~~~*~~~*~~~

-I wtedy zobaczył pan brata zadającego sobie ciosy nożem?
-T-tak... - odpowiedział Mikey.
Śmierć Gerarda była dla niego wstrząsająca, szczególnie samobójcza.
-Był sam?
-Chyba. Mówił coś, do jakiegoś Franka... Żeby mu pomógł. Ale nikogo nie było.
-Zna pan kogoś o imieniu Frank?
-Nie. Gerard mówił że ma chłopaka, ale sąsiedzi utrzymują, że nigdy nikogo z nim nie widzieli i że czasem dziwnie się zachowywał. 
-Rozumiem, dziękuje. To wszystko.